Gościnni jak Jordańczycy – o Petrze i Wadi Rum

7 dni, 5 miejscowości i ponad 800 kilometrów autobusami i taksówkami. Moja decyzja o wyjechaniu do Jordanii rodziła się już od dobrych kilku miesięcy. Chciałem udowodnić sobie, że jestem w stanie wyjechać i zorganizować wszystko sam i na własną rękę.

O tym dlaczego Jordańczycy gwiżdżą na widok tatuaży. Dlaczego to nie ja złapałem autostop a to autostop złapał mnie. Dlaczego moje ciało zaczęło składać się z falafela i hummusu i dlaczego zostałem na pustyni kompletnie sam.


Jordania, a właściwie Jordańskie Królestwo Haszymidzkie, z królem Abdullahem II i królową Ranią na czele, wydaje się być niewzruszona swoim geograficznym położeniem w samym środku ogniska konfliktów. Położony pomiędzy Syrią, Irakiem, Izraelem a Arabią Saudyjską, zaprasza do siebie turystów, na każdym kroku witając słowami ”Welcome to Jordan”, pytaniem czy wszystko w porządku i czy można jakoś pomóc. Ten kraj nieźle namieszał i troszkę odczarował w moim postrzeganiu krajów Bliskiego Wschodu. Zapraszam zatem ze mną, oprowadzę Was wzdłuż Jordanii od najbliższego Syrii Jeresh, przez Petrę i Wadi Rum aż po Morze Czerwone. Co mnie spotkało, co jadłem i jak tam wszędzie się dostałem.

Amman, ogromna piaskowa stolica 

Swoje pierwsze kroki w Ammanie, a właściwie na lotnisku Queen Alia International Amman Airport skierowałem, naturalnie, w stronę do kantoru. Na całe szczęście nie wymieniłem zbytu wiele dolarów, marża w kantorze na lotnisku jest ogromna! Potrzebowałem trochę gotówki na mój pierwszy zakup czyli lokalny bus kursujący pomiędzy lotniskiem a centrum miasta. Bilet w jedną stronę kosztuje 3,5 dinara JOD (na którgo jordańczcy mówią JD – ”dżej di”), bilet można kupić w kiosku znajdującego się zaraz przy wyjściu z lotniska. Trasa trwa mniej więcej 45 minut i obejmuje zazwyczaj dwa główne przystanki 7th Circle oraz Tabourbor (North Bus Station).

Kiedy zaczynałem poszukiwać informacje o Ammanie kompletnie obeszła mnie informacja o tym, że zamieszkuje go ponad 2,5 mln mieszkańców. Dla porównania Warszawę zamieszkuję milion mniej! Miasto jest przeogromne, wszystkie budynki mieszkalne są praktycznie w jednym piaskowym kolorze. Patrząc z góry można odnieść wrażenie, że wszystko jest tutaj zbudowane z piasku. Miasto jest ogromne więc posiada także swoją ”biznesową twarz” pełną wieżowców i korporacyjnych molochów.

Lotniskowy autobus wysadził mnie w Tabourbor, tam poznałem Tomka, który też podróżował sam. Okazało się, że jedziemy w tym samym kierunku, w stronę ammańskiej cytadeli. Wzięliśmy więc taksówkę razem, co jest idealnym sposobem na cięcie kosztów w podróży. Ilość taksówkarzy, która nas otoczyła sprawiła, że można powiedzieć, przeprowadziliśmy błyskawiczny casting na naszego pierwszego taksówkarza.

Cytadela i romański teatr

Cytadela czyli ruiny pałacu wraz z kolumnami i innymi pozostałościami po świątyni Herkulesa. Tutaj właściwie zaczęła się moja podróż. Warto rozpoczynać swoje wojaże od miejsc, które są dobrymi punktami widokowymi takim jest ammańska cytadela. Położona na wzgórzu pokazuje idealną panoramę miasta, co pozwala się zorientować gdzie jesteśmy, gdzie będziemy i jak się tam dostaniemy. To właśnie dla tej panoramy warto się tutaj znaleźć.

Teatr rzymski jest widoczny ze wzgórza cytadeli. Mieszczący ponad 6 tys. widzów jest dzisiaj wraz ze swoim forum miejscem spędzania wolnego czasu młodych ammańczyków, to centrum miasta. Wzniesiony w II wieku przez rzymian za czasów gdy Amman był Filadelfią. Dzisiejszy teatr jest wersją zrekonstruowaną, dzięki czemu jest nadal aktywnym miejscem, a nie reliktem przeszłości. Wszedłem na samą górę amfiteatru, strome zejście nie jest jednak dla ludzi z lękiem wysokości. Ale dla takich widoków warto, dobra akustyka tego miejsca, mimo, że w centrum miasta, bywa testowana przez turystów, gdyby chociaż umieli ładnie krzyczeć.

Czas na śniadanie w Ammanie, czyli pierwsze poszukiwania lokalnego jedzenia. Po zejściu z cytadeli, poznałem arabskiego ukraińca, sprzedawcę w lokalnym sklepie, który zaprowadził mnie do miejsca, w którym zjadłem swojego pierwszego falafela z hummusem. Mój ukraiński kolega zaprosił mnie do siebie do sklepu żebym to tam zjadł. Opowiedział mi skąd jest, nauczył dwóch podstawowych słów po arabsku ”marhaba” (cześć) i ”shukraan” (dziękuje). A na koniec zapytał czy dla mnie Polska i Ukraina to ”enemies” (wrogowie), zrobiło się na moment niezręcznie.

Petra, miasto wykute w skale

Wczesny poranek w Ammanie, godzina 5:00, za oknem jeszcze ciemno. Czas wyjść na przystanek autobusowy. Przypominam, to moje pierwsze 24 godziny w Jordanii. Nakręcony błędnymi przekonaniami, w mojej głowie przewijały się pewne scenariusze związane z tą godziną i z tą ilością osób na ulicy. O godzinie 5:30 na jordańskich ulicach można znaleźć trzy rzeczy: siebie, wałęsające się koty oraz otwierające się wczesną porą kawiarnie z kawą na wynos. Pewnie spodziewacie się, że jako barista wspomnę tutaj o kawie przyrządzanej po turecku? Spuszczę na to zasłonę milczenia. Albo nie. Jest obrzydliwa.

Najlepszym sposobem dostania się do Petry (a dokładnie do miejscowości Wadi Musa) z Ammanu jest skorzystanie z usług narodowego przewoźnika Jett Bus. Bilet w jedną stronę kosztuje 11 JOD (~59 PLN), w dwie 18 JOD. Bilet można kupić przez internet albo w kasach znajdujących się przy każdym miejscu odjazdu Jett Busa. Przejazd trwa 3 godziny.

Petra to miasto (a właściwie jego pozostałości) w całości wykute w skale przez ludy Nabatejczyków. Tak, wszystko wykute jest tutaj w skale! Każda wielopiętrowa świątynia, grobowce, nawet arena teatralna. Jeżeli robią na was wrażenie antyczne budowle ich rozmach i wyobrażenie ogromu pracy i poświęcenia, to wyobraźnie sobie o ile trudniej było to wszystko wykuć w skale z dbałością o symetrię i detale. Dla mnie to rzecz nie do wyobrażenia a w dodatku wielkość tych budowli jest przytłaczająca. Patrząc na zabytki Petry ma się wrażenie, że wszystko to co zbudowano w naszych czasach nie jest jakkolwiek warte uwagi. Miasto zostało stworzone przed naszą erą, a poprzedzała je era koczowniczego życia na terenach Petry nomadnych plemion. Petra po grecku to po prostu skała.

Największe atrakcje poprzedza ogromy i długi na ponad kilometr wąwóz As-Siq. Wizytówką Petry i chyba najbardziej znanym punktem jest Al-Chazna czyli ”Skarbiec Faraona” Prawdopodobnie był to grobowiec jednego z władców. Teatr był jednym z tych miejsc, przy którym zatrzymałem się na dłużej tylko po to aby popatrzeć i powyobrażać sobie co tu się mogło dziać. Teatr miał mieścić około 10 tysięcy widzów!

Jordan Pass

Petra to największy skarb Jordanii. Została wpisana na listę ”nowych siedmiu cudów świata” UNESCO. Petra zajmuje pewnie jedno z najwyższych pozycji w rankingu ”najdroższe bilety do zabytków”. Cena za jeden dzień zwiedzania to 50 JOD (~250 PLN), za dwa 55 oraz 60 za trzy dni. Jest też inna opcja, którą powinni zainteresować się wszyscy odwiedzający Jordanię a nazywa się ona Jordan Pass.  Jordann Pass to wiza oraz bilety wstępu do większości zabytkowych miejsc w Jordanii. Oczywiście w pakiecie opłaca się bardziej i już podstawowy pakiet z wizą wjazdową do Jordanii + jednodniowe wejściówki (w tym do Petry) kosztuje 70 JOD. Nie jest to mało, ale na pewno opłaca się bardziej niż osobny zakup wizy na lotnisku (40 JOD), biletu do Petry, biletu do ammańskiej cytadeli i teatru, wstępu do Wadi Rum i wielu innych atrakcji.

Sam ze sobą w Wadi Rum

Na ten dzień czekałem najbardziej. Noc na pustyni! Kolejny wczesny poranek i już z Aqaby pędziłem taksówką prosto do wioski Wadi Rum. Do wioski z dworca autobusowego w Aqabie jedzie jeden autobus odjeżdżający o godzinie 13:00. Kosztuje około 7 JOD, skorzystałem taksówki, wystarczyło pokręcić trochę nosem, pomarudzić i szybko udało mi się z 20 JOD wynegocjować cenę 10 JOD.

Wadi Rum nazywana często Doliną Księżycową to ogromna pustynia zamieszkała przez Beduinów. Beduini to pierwotnie koczownicze plemiona krajów arabskich. Odwiedzając Wadi Rum możemy doświadczyć tego, w jaki sposób osiedlali się oni na jordańskich Wadi (dolinach). Większość beduinów dzisiaj mieszka w murowanej wiosce, z której to rozpoczynam moją podróż w głąb pustyni. Wadi Rum jest pełna skalistych klifów i pomarańczowego piasku. Czułem się jakbym wylądował na marsie.

W drodze na pustynie zostałem, klasycznie jak przy każdej podróży taksówką urzędowo wypytany: gdzie? dokąd? na ile? do kogo? Okazało się, że Pan Zedane Al-Zalabieh, do którego miałem się udać jest bliskim znajomym taksówkarza. Mój beduiński gospodarz został telefonicznie uprzedzony, że właśnie zmierzam w kierunku jego domu w wiosce Wadi Rum. Przed wjazdem do wioski każdy turysta musi zatrzymać się w Visitor Center, w sprawie okazania lub kupna biletu wstępu na pustynię (5 JOD lub wykupione Jordan Pass). Podbiłem moją zgodę na wjazd i już chwile potem zostałem zaproszony do domu Pana Zedanea gdzie siedząc na dywanie czekałem na przejazd do obozu na pustyni.

Campy na Wadi Rum oferują cały wachlarz opcji na spędzenie czasu na pustyni. Od całodniowych przejażdżek jeepem, przez przejazdy wielbłądami, po surfing po piasku na deskach snowboardowych.  Mimo panicznego lęku wysokości, ”więdnących” i flaczejących nóg wybrałem przejażdżkę na wielbłądzie. Resztę dnia spędziłem w campie eksplorując okolice. Magiczny zachód słońca, kolacja z upieczonego pod ziemią (!) kurczaka i warzyw, światło księżyca i nocne niebo pełne gwiazd. Chcę wierzyć, że te spadające gwiazdy które widziałem, to nie były tylko przelatujące samoloty. Noc była zimna, chyba nigdy wcześniej nie spałem we wszystkich ciuchach wraz z kurtką i pod trzema grubymi kocami. Na Wadi Rum w nocy jest bardzo zimno, za dnia bardzo wietrznie więc warto zaopatrzyć się w cieplejsze ciuchy. Rano wczesne śniadanie i kiedy przyszło do zapłaty dostałem niespodziewany rabat od Pana Zidana -5 JOD i ostatecznie za noc w namiocie, przejażdżkę na wielbłądzie, transfer jeppem, kolację i śniadanie zapłaciłem 40 JOD.

Szczera gościnność

Muszę się przyznać, przez pierwsze kilka chwil byłem przekonany, że jordańska życzliwość i gościnność może wynikać z innych pobudek niż zwykła chęć pomocy. Jest mi głupio przed samym sobą, że tak z góry ich oceniłem! Właściwie mógłbym powiedzieć, że byłem przez jordańczyków  prowadzony za rękę po mojej podróży. Na każdym kroku sami z siebie oferowali pomoc nawet wtedy kiedy ich o to nie poprosiłem. Na jeden z przystanków autobusowych odprowadził mnie starszy pan, choć go o to wcale nie prosiłem. W każdym dniu mojego wyjazdu zdarzył się ktoś kto wyjątkowo mi pomógł i ostatecznie stwierdzam, że taka ich po prostu pogodna natura! W dużej mierze odczarowali moje myślenie o obywatelach krajów arabskich.

Bartek, jako atrakcja dla miejscowych w Aqabie

Aqaba to nadmorska miejscowość nad morzem czerwonym. Z najpopularniejszej plaży North Beach Area przy dobrej pogodzie można zobaczyć na drugich brzegach Izrael i Egipt. Przypomina mi Turecką Antalye i jest jak dla mnie jej miniaturową wersją. W dzień wolny w Jordanii, czyli piątek, na plaży można spotkać całe rodziny, które rozkładają ogromne koce wielkości dywanów, na których odpoczywają wszystkie pokolenia. Jedzą wspólny obiad z ogromnych pater i razem spędzają na plaży cały wolny dzień. Bardzo mało osób korzysta z morza, większość lokalnych plażowiczów jest w całości ubrana a dzieci kąpią się w ubraniach.

Nie chciałem wyróżniać się jeszcze bardziej, jakby moje bycie białym blondynem nie wzbudzało już wystarczającej ciekawości. Temperatura jednak ”zmusiła” mnie do noszenia koszulki bez rękawów. Po wizycie w Jordanii już wiem jak czują się gwiazdy na ulicy, które są oglądane ukradkiem przez wszystkich przechodniów. Obok moich tatuaży żaden (żaden!) Jordańczyk nie potrafił przejść obojętnie. Na początku miałem mieszane uczucia ”o co właściwie im chodzi?” kiedy na zmianę z opiniami ”nice tattoos”słyszałem gwizdy i całkowicie nieskrępowane dotykanie i pokazywanie palcami mojego przedramienia. Wiele osób zwłaszcza kiedy siedziałem na plaży podchodziło do mnie tylko dlatego aby zagadać o tatuażach, stąd wiem, że Jordańczycy nie mają takiego dostępu do dobrych artystów, jeżeli już posiadają tatuaże nie są one jakoś artystycznie skomplikowane.

Wiele blogów opisuje Aqabe beznamiętnie. Spotkałem się z opiniami, że kompletnie nie warto tutaj zaglądać. Ostatecznie ze względów logistycznych spędziłem tam dwa dni, dzień przed wyjazdem na pustynię i dzień po. I zgadzam się tutaj za bardzo nie ma czego oglądać, ale dla mnie był to idealny przystanek i odpoczynek po ciągłym byciu ”w drodze”. Herbata z miętą, palmy, morze czerwone i równie czerwona spalenizna na moim ciele… idealnie.

Do Akaby można dostać się bezpośrednio z Ammanu Jett Busem. Ja przyjechałem tutaj z Wadi Musa (z Petry) lokalnym busem za 7 JOD. Zarówno Wadi Musa jak i Aqaba mają swoje dwa główne dworce autobusowe, z których możemy się dostać w większość miejsc w kraju.

Falafele, hummus i ciągnący się sernik

Czego trzeba koniecznie spróbować będąc w krajach arabskich? Koniecznie falafeli i hummusu. Te oferowane są w różnych formach. Najpopularniejsza i najtańszą opcją jest falafel i hummus zawijane w tradycyjnym arabskim chlebie, często podawane z pomidorami i ostrymi sosami. Koszt? Około 1 PLN. Do tego kebaby z baraniny, kebab shaoarma podawana z frytkami z hummusem, kocham. Od dziś tylko frytki z hummsem. Jeżeli chodzi o słodkości hitem dla mnie kunafa coś w rodzaju sernika, czyli ser na ciepło z cukrową warstwą u góry, krojony na kawałki w cenie 1 JOD.

Starożytne Jerash

Mój ostatni dzień przy kończących się środkach w portfelu zapowiadał się na przesiedzeniu całego dnia w Ammanie kompletnie bez celu. Z tyłu głowy miałem pomysł na wybranie się do Jerash i jego antycznej części. Miasteczko oddalone jest od Ammanu godziną drogi. W przeciwieństwie do wszystkich innych miejsc Dżerash jest jednym z najbardziej budżetowych opcji na wypad. Bilet z Tabourbour (Amman North Bus Station ) lokalnym autobusem kosztuje zaledwie 1 JOD (~5,5 zł).

Jerash to według niektórych źródeł najlepiej zachowane rzymskie miasto. Zostało wzniesione w IV w. p.n.e. przez Aleksandra Wielkiego! Kilka świątyń, fantastycznie zachowany teatr, forum z kolumnami które przetrwały do dziś w bardzo dobrym stanie. To wszystko pozawala poczuć klimat jaki mógł panować wśród ludzi tam mieszkających, to nie tylko pojedyncze zabytki a cały kompleks. Na wyobraźnie działa również fakt, że wszystkich z tych atrakcji nie oglądamy zza płotu a praktycznie w większość miejsc możemy wejść. Na schody i wewnątrz teatru, do świątyni, do każdego z tych miejsc można wejść, wszystkiego można dotknąć.

Na przejście całości warto zarezerwować sobie maksymalnie do dwóch godzin. Autobus z Ammanu wysadził mnie pod starożytnym miasteczkiem, tutaj też pojawił się w mojej głowie problem, ale właściwie to jak ja mam stąd wrócić skoro autobus wysadził mnie na środku ulicy? Zacząłem wypytywać gdzie znajdę autobus powrotny. Zanim udało mi się znaleźć przystanek znalazłem ”stopa” a właściwie to on znalazł mnie. Z drugiego końca ulicy zaczął do mnie krzyczeć pan bez oka (tak muszę to napisać to nadaje dramatu całej mojej racjonalności) czy szukam przejazdu do Ammanu, oczywiście uznając, że jest to zesłanie losu praktycznie od razu wpakowałem się do samochodu. Pewnie zapytacie ile za taką usługę. Ja też do końca nie mogłem uwierzyć, że zapłaciłem jedynie 1 JOD czyli ~5,35 PLN za godzinny przejazd. Samochód się rozpadał, kierowca prowadził tylko ”jednym okiem”, co wcale nie przeszkadzało mu na paleniu papierosa, piciu kawy, jechaniu 100 km/h i przeglądaniu Facebooka w między czasie. Nie bójcie się o mnie, zachowałem resztki rozsądku i obserwowałem na mapy Google czy aby na pewno nie jedziemy do oddalonej o 50 km Syrii. Ostatecznie pan bez oka przeprowadził mnie jeszcze na sam koniec przez ruchliwą ulicę przez którą nie potrafiłem przejść. W Jordanii pojęcie ”przejście dla pieszych” jest bardzo ruchome. Przejście dla pieszych znajduje się w miejscu, w którym akurat pieszy uzna, że tam powinno się znaleźć, tym samym namalowane pasy na jezdni są rzadkością.

Oto punkty mojej podróży poruszałem się w dół kraju. W sumie przejechałem ponad 800 kilometrów w tydzień. 

A nie było Ci smutno tak samemu?!

W podróży nigdy nie jest się samemu. Moja podróż do Jordanii to spotkanie samotnie podróżującego Tomka, to spotkanie arabskiego Ukraińca, to spotkanie podróżującej w pojedynkę, na oko, 60 letniej brytyjki w różowych legginsach i z tatuażem przedstawiającym kontynenty, to także Francesca z Włoch spotkana w busie. To w reszcie masa pytających jordańczyków na każdym kroku stwierdzających ”poles? very nice people”. Wierzę, że nie wszystkie narodowości to słyszą. Mogę podróżować sam, z jednym znajomym, z grupą znajomych. To poczucie wolności. Będąc sam ze sobą najlepiej ładuje swoje baterie. Będąc samemu trzeba zastanowić się nad tym kim jestem i co znaczę bez miejsca w którym mieszkam i bez ludzi którzy mnie definiują. Jeżeli oczywiście znajdzie się czas żeby się nad tym zastanowić.

A ile to dinarów?

Jak w każdym poście przedstawiam swoje rozliczenie z podróży. Oficjalną walutą w Jordanii jest dinar jordański i ma stały kurs względem dolara wynoszący 0,7 JOD = 1 $

Flixbus Katowice – Kraków 10 PLN / Unibus Kraków – Katowice 10 PLN
Transport (autobusy i taksówki) po Jordanii ~400 PLN

Lot Kraków – Amman 76 PLN / Lot Amman – Kraków 76 PLN
Loty Ryanaira do Jordanii można znaleźć TUTAJ

Noclegi 500 PLN – Więcej o tym gdzie spałem WKRÓTCE TUTAJ
”Kieszonkowe” około 500 PLN
Koszt całego wyjazdu to mniej więcej 1500 zł

Zobacz moją relacje z Jordanii na Instastory
Przeczytałeś/aś? Daj znać w komentarzu, to ogromna motywacja dla internetowych twórców!