Teneryfa, tydzień w bananowym raju!

Najbardziej lubię organizować wszystko sam, to już wiecie. Przeloty, noclegi, przejazdy. W roli planera jestem bezbłędny! Wiąże się to oczywiście z większym stresem i całkowitym zdaniem na samego siebie. Tym razem jednak postanowiłem skorzystać z oferty biura podróży. Po raz drugi wybrałem TUI. Dlaczego? Dlatego, że okazało się, że oferta przygotowana przez biuro była znacznie bardziej atrakcyjna cenowo niż organizowanie wszystkiego samemu, co szczerze mówiąc zdarza się rzadko.

Na swoje ”wakacje” wybraliśmy Teneryfę, główną wyspę archipelagu Wysp Kanaryjskich należących do Hiszpanii, znacznie jednak od niej oddalone. Co sprawia, że trudno szukać na naszym kontynencie tak oryginalnych miejsc. O ciągle czynnym wulkanie, czarnych plażach, plantacjach bananów i marsjańskich krajobrazach, o tym tutaj.


Na Teneryfie spędziliśmy tydzień, zatrzymaliśmy się w Puerto de la Cruz. Większość artykułów opisujących wyspę zaleca wypożyczenie samochodu, aby w pełni poznać wyspę. Nigdy wcześniej nie wypożyczałem samochodu i wszelkie formalności kaucje, ubezpieczenia, wkład własny wszystkie te pojęcia były dla mnie czarną magią. Samochód udało się wypożyczyć i była to najlepsza decyzja jaką mogliśmy podjąć! Ilość miejsc, w których mogliśmy się zatrzymać, a co uniemożliwiłby nam transport publiczny, był tego warty! O tym jak wypożyczać, na co zwracać uwagę i jak się tym nie stresować, o tym kolejny post.

Wulkan Teide

Teide to wulkan mieszący się na środku wyspy, oddziela część północną od południowej nie tylko geograficznie ale także różnicując klimat, roślinność i krajobraz. Jak dla mnie punkt obowiązkowy w wyprawie na Teneryfę. Jest to trzeci największy wulkan na świecie!  Mierzący 3718 m.n.p.m Teide jest najwyższym szczytem Hiszpanii i uznaje się go za ciągle czynny wulkan! Ostatni wybuch nastąpił nieco ponad 100 lat temu.

Aby wejść na szczyt Pico del Teide, należy zarezerwować przez internet bezpłatne zezwolenie. Według mnie sama trasa jest już jednak na tyle ekscytująca i zróżnicowana względem widoków, że nie ma się co zniechęcać jeżeli nie udałoby Wam się dostać zezwolenia (ilość miejsc mocno ograniczona). Trasa rozpoczyna się krętymi miejskimi dróżkami, aby wkrótce później ukazać nam iglaste lasy przywodzące na myśl amerykańskie filmy.  Wkrótce później wyjeżdżamy na skaliste tereny, wyglądające jak powierzchnia marsa albo księżyca.  W końcu Teneryfa jest nazywana księżycową wyspą. Dzień naszego wyjazdu był bardzo pochmurny w Puerto de la Cruz, o mały włos zrezygnowalibyśmy z wyjazdu na wulkan ze względu na pogodę. Jakie było nasze zaskoczenie kiedy okazało się, że jesteśmy tak wysoko, że znaleźliśmy się ponad chmurami! Kiedy w mieście nie było ani promienia słońca, na Pico del Teide było bezchmurne niebo. Niesamowite uczucie mieć chmury pod stopami.

Pod wulkan można dostać się również autobusem. Polecam jednak opcję z wypożyczeniem samochodu. Obiecuje, że zatrzymać będziecie się co 500 metrów, jak nie częściej! Trasa jest fantastycznie oznaczona znakami, które informują nas o tym, że ”zaraz będzie punkt widokowy, tu warto się zatrzymać!”.

Wioska w Dolinie Masca

Kolejny punkt z serii tych zapierających dech w piersiach. Po pustynnych klimatach wulkanicznych przenosimy się do miejsca pełnego roślinności i górskich przepaści. Wjazd tutaj jest sporym wyzwaniem i zgodnie z poleceniami zostawiliśmy nasz samochód w pobliskiej miejscowości Santiago del Teide i przesiedliśmy się na mini busa. Droga do Doliny Masca jest kręta i wąska, ilość odmówionych zdrowasiek, wizji spadnięcia ze stromych zakrętów wcale nie była uspokajana przez kierowców busów, którzy opanowali tę drogę do perfekcji i czują się na niej zadziwiająco pewnie. To jest tak wiecie dyplomatycznie powiedziane… krótko mówiąc zapierdalali jak dzicy. Poza tym to jedna z najpiękniejszych tras jakie dane mi było przejechać w życiu. Przyklejony do szyby, kurczowo trzymając fotel zobaczyłem widoki, których nigdy nie zapomnę. Cała dolina wygląda tak, jakby w moje oczy wklejono kadry najlepszych filmów przygodowych. Magiczne miejsce.

Busem dojeżdżamy na szczyt, możemy napić się typowej kanaryjskiej kawy barraquito z likierem i ruszyć na wąwóz Masca, kierujący na na plażę przy Los Gigantes. Taki był plan. W dzień naszego przyjazdu, trasę zamknięto. Bramka była zamknięta, myśleliśmy, że idziemy w złym kierunku jednak szybko znaleźli się pomocni Polacy (kur jak wszędzie, wychodzą spod ziemi) i poinformowali nas, że trasa jest chwilowo zamknięta ze względu na wypadki jakie miały miejsce z udziałem turystów i kłótnie urzędników, kto jest za wioskę odpowiedzialny. I tak było warto! Przynajmniej jest pretekst do tego żeby tam wrócić.

Los Gigantes

Skoro nie było dane dojść tam na nogach, po zjechaniu z Doliny Masca, przyjechaliśmy pod Los Gigantes okrężną trasą samochodem. Los Gigantes to klify, jak sama nazwa wskazuje ogromne, wręcz gigantyczne. Swoimi rozmiarami sprawiają, że czujemy się malutcy w porównaniu z ogromem natury. Ale poza przewodnikami, poza blogerami, którzy zachwycają się tymi skałami… odpuściłbym sobie to miejsce. Może byłem zbyt zmęczony żeby je docenić, może było mi zbyt ciepło. Właściwie na pewno bo pomimo klimatyzacji wracałem w samochodzie w samych majtkach, do teraz nie rozumiem tego motywu, musiało być bardzo gorąco.

Czarne Plaże

Niespotykane, czarne plaże, to był kolejny argument za wybraniem Teneryfy na swoje miejsce wyjazdu. Znowu to napiszę ale po byciu na marsie, malowniczej dolinie przenosimy się w kolejne miejsce, które kompletnie różni się od pozostałych. Czarny piasek to właściwie pył wulkaniczny, jest to najczystszy ”piasek” jaki widziałem w życiu i przy okazji najbardziej parzący. W upalny dzień trudno jest na nim wystać. Nigdy nie chodziłem po rozżarzonym węglu, prawdopodobnie było to podobne uczucie.

Playa Jardin – Czarna plaża w miejscowości, w której nocowaliśmy, w Puerto de la Cruz. Playa Jardin oznacza ”plaża ogród”, całą plażę poprzedzają liczne ogrody z kaktusami, kwiatami. Została zaprojektowana przez najsłynniejszego kanaryjskiego projektanta Cesara Manrique.

El Bollullo – W poszukiwaniu kolejnej czarnej plaży dotarliśmy do El Bollullo. I to był strzał w dziesiątkę i kolejny argument dlaczego warto wynająć samochód. Ta plaża jest o wiele bardziej dzika od pozostałych! Oddalona od turystycznego zgiełku, schowana za licznymi plantacjami bananów.

Macie tak, że jesteście czasami w nowym miejscu, a czujecie, że już w nim byliście? Co prawda to nie deja vu, szybko zorientowałem się, że jestem na plaży, na której kręcony był teledysk Dody do piosenki ”Nie pytaj mnie”, oczywiście nie byłem pewny, więc zapytałem wczoraj samej Dody pokazując jej zdjęcia czy to prawda. Okazało się, że”Tak to tam”. Doda zdradziła mi też, że sceny nakręcane na wulkanie Teide były ”kręcone na nielegalu”. Ja też skorzystałem z tej opcji odkrywania, a w którym miejscu? O tym tutaj, posłuchajcie:

Plantacje bananów

Będąc na wyspie nie trudno będzie znaleźć plantacje bananów. Przywiezione tutaj przez portugalskich kupców z Afryki banany uprawia się na całej wyspie. W drodze na El Bollullo rozpościera się panorama dziesiątek plantacji. Większość z nich zamknięte i strzeżone. Robiąc reserach do pisania tego wpisu, spotkałem się z opiniami o tym, że za oglądanie plantacji od wewnątrz należy zapłacić. Problem pojawia się wtedy, kiedy jesteś na kompletnym pustkowiu, kogo zapytać o pozwolenie? Wysokie płoty osłabiły mój zapał dostania się na plantacje, do momentu odnalezienia miejsca, gdzie dało się zrobić ”skok przez płot”. No i tak wylądowaliśmy na plantacji ”na dziko”, ”na nielegalu”. Pewnie byłoby łatwiej pokonywać murowane płoty, gdybym akurat w ten dzień nie był turystą w klapkach? W japonkach konkretnie kur…

Czy tylko tak można dostać się na plantacje? Oczywiście, że nie, ale tak jest ciekawiej. Jest wiele plantacji, które za drobną opłatą wpuszczą Was do środka i opowiedzą troszkę więcej o bananie. Na przykład o tym, że kanaryjskiego banana nie zjemy w naszej części europy ze względu na to, że jest on dla urzędników Unii Europejskiej zbyt krótki.

Kanaryjskie tapasy

Obowiązkowo do próbowania, do wina, do piwa, do każdego alkoholu. Przegląd hiszpańskich tapasach pojawił się przy wpisie o Barcelonie. Obiecałem tam, że tutaj opiszę ich inny rodzaj. Tapasy w formie małych przekąsek.

My zamówiliśmy półmisek a wśród nich znaleźliśmy: Papas arrugadas, czy jako Polak wiem o ziemniakach już wszystko? Takich jeszcze nie jadłem. Papas to małe ziemniaczki w mundurkach gotowane w bardzo (naprawdę bardzo!) osolonej wodzie. Są tak słone, że z soli tworzy się biała panierka wokół nich. Podawane z trzema sosami pikantnym z papryczek, łagodnym ziołowym oraz z czosnkiem. Co poza tym? Marynowane papryczki, również słone, sałatka warzywna w stylu naszej typowo świątecznej, krewetki z grzybami, paella czyli ryż np. z owocami morza, kurczak w panierce z sosem pomidorowym, mini ”krokieciki” szpinakowe i mięsne. Oczywiście to tylko niewielki ułamek tego, jakiego rodzaju tapasy znajdziecie na Wyspach Kanaryjskich i całej Hiszpanii.

Teneryfa pozostaje póki co moim numerem jeden. Rajem, który na tydzień przeniósł mnie do całkowicie innego świata. Bogactwo natury, brak tutaj wytworów pracy ludzkiej na zasadzie ”chodźmy trzeba zobaczyć ten kościół”. Będę polecał ją całym sercem. Za brak tłumów, powolny klimat i brak atrakcji turystycznych. Biura podróży próbują wykreować obraz Teneryfy jako wyspy typowej dla ludzi leżących na leżakach i moczący stopy w basenie, nic bardziej mylnego. Wyspę odwiedziliśmy we wrześniu i ani razu nie spotkałem tam tłumu turystów!